Czarownica

Marbella

Marbella siedziała zapatrzona w jeden punkt ściany. Jak zwykle nic nie mówiła. Wyglądała, niczym zastygły piękny, wyrzeźbiony posąg. Z pewnością nie oddychała, bo nawet nie drgnęła. Jej oczy zrobiły się nieobecne, prawie matowe. Zupełnie, jakby przebywała gdzieś daleko. Może w innym świecie? To pewnie dlatego, że nikt nigdy z nią nie rozmawia. W tym samym momencie wróżka odwróciła się w stronę Gutka. Ich spojrzenia spotkały się. Czarne oczy zdawały się przeszywać małego na wskroś. Jednak po raz pierwszy, nie bał się tak bardzo. Wytrzymał spojrzenie nie spuszczając wzroku. Wówczas, niespodziewanie wróżka przemówiła do Gutka.

- Jak tam? Najadłeś się?

- Tak, dziękuję. Było smaczne jaśnie pani – wstał i skinął główką mały Gutek.

- Te pół bułki już nie zmieścisz?

- Zmieszczę nawet całą bułkę – odpowiedział odważnie – ale wolę ją zostawić na drugie śniadanie, bo do obiadu daleko.

- Ach tak… ciężko pracujesz – przyznała.

- Tak. Ja bardzo lubię sprzątać psze jaśnie pani – zawsze jak był bardzo przejęty, zjadał część wyrazu.

- Wiem – odpowiedziała – Dobrze sprzątasz. Postanowiłam, że dzisiaj w nagrodę wysprzątasz moją komnatę.

- Ja sam? – był tak zdziwiony, że mało nie przewrócił się pod stół.

- Tak ty. Te darmozjady, co zaraz przyjdą, nic nie potrafią. Robią więcej hałasu, zamieszania i bałaganu niż porządku. Do niczego się nie nadają – dodała z rezygnacją – Jak tylko zagonię ich do roboty, pójdziesz ze mną.

- Tak psze jaśnie pani. Z przyjemnością – skinął głową.

- Co takiego? – była tak zdziwiona, że aż zbiło ją to z tropu, odwróciła się gwałtownie, a jej kruczoczarne, lśniące włosy zafalowały. Jakże były piękne.

- Z przyjemnością psze jaśnie pani – rozochocił się Gutek. Zobaczyć komnatę Pani Marbelli… tam nikt nigdy nie był. To marzenie.

- Dobrze. Poczekamy tylko, aż zjedzą. Same problemy z tymi maruderami, nawet ognia dobrze nie potrafią rozpalić. Wielkie, a tępe puste łby.

- Hi… hi… hi… - zachichotał Gutek.

- Nie lubisz ich, co mały? – jej czarne oczy lśniły łagodniej niż zwykle.

- Tak psze jaśnie pani. Oni nie są dobrzy. Biją mnie – wytrzeszczył ślepka, bo przecież jego pani też kiedyś, chyba miała ochotę mu przylać. Przynajmniej próbowała.

- Rozumiem – westchnęła i spojrzała na małego. Chwilę się zastanawiała, oglądając go od stóp do głów bardzo dokładnie. Jej wzrok przeszywał go na wskroś. Po raz pierwszy zauważyła, że jest jeszcze małym dzieckiem – Nie musisz się martwić. Już więcej nie będą ciebie zaczepiać.

- Dziękuję psze jaśnie pani – Gutek pokłonił się znowu – Bardzo dziękuję.

Na korytarzu rozległy się hałasy i szuranie. Oznaczało to jedno, kumple zbliżali się na śniadanie. Twarz Marbelli nagle zastygła posągowo. Stała się zimna i zła jak wcześniej. Po łagodności, która jeszcze przed chwilą gościła na jej pięknym obliczu, nie został nawet ślad. Hałaśliwe towarzystwo wtoczyło się na śniadanie. Na sam ich widok Gutek skulił się i dostał gęsiej skórki, co nie uszło uwadze jego pani. Jeden Gulec już zamierzył się, żeby przylać małemu. W tym samym momencie Marbella wyciągnęła dłoń. Zaświstało głośno i jakaś niewidzialna siła cisnęła sprawcą o ścianę. Jęknął, po czym opadł na podłogę jak długi. Był przy tym tak zdębiały, że nawet nie mógł wydobyć z siebie głosu, ani się pozbierać. Oczy reszty zrobiły się okrągłe z wrażenia i zaskoczenia. Spojrzeli po sobie niepewni, co wydarzy się dalej.

- Ha… ha… ha… - zaśmiała się skrzekliwie zła wróżka – co zdziwiony? Lepiej uważaj – podniosła głos – Jak jeszcze raz zobaczę, że męczysz tego małego, obedrę cię z tej twojej marnej, obślizgłej skóry. Zapamiętaj sobie, żeby nie przyszło ci do tego nierozgarniętego łba, zastawiać jakichś pułapek. Chociaż na to jesteś raczej za tępy. Tyczy się to was wszystkich łapciuchy – wrzasnęła – Zrozumiano?

- Tak.

- Tak, tak.

- Oczywiście – odpowiedziały wyjątkowo zgodnie.

- Teraz jeść i to migiem – wskazała palcem na miski – Za dziesięć minut widzę was przy kotłach, bo jak nie…

- Tak jest – odpowiedziały chórem.

- Pamiętajcie – grzmiała głośno –Widzę wszystko nawet jak mnie nie ma w pobliżu –dużo łagodniej zwróciła się do Gutka – Ty mały, chodź ze mną.

- Ile to dziesięć minut? – spytał Gulec kompana.

- Nie wiem.

- Ani ja – dodał następny.

- Ale to chwila krótka. Jedzmy szybko – dodał kolejny. Szeptały coś jeszcze rozgorączkowane, ale tego Gutek już nie słyszał.