Uchylam rąbka tajemnicy i zapraszam do zapoznania się z fragmentami I i II części Baśni, mam nadzieję, że się spodobają. Miłej lektury :-)

Wstęp do I części

Wzrok padł na ścieżkę prowadzącą do zamkowego ogrodu. Na jej brzegu stało osobliwe stworzenie, może zwierzę? Mała przystanęła na parapecie. Szybko jednak odsunęła się na bezpieczną odległość. Przypomniała sobie, że babcia nie pochwala, gdy staje na krawędzi… - Może wypadnę – powiedziała psotnie – prosto w różane krzaki – zachichotała cichutko. Ciocia, czarownica Marbella – bardzo była dumna, że taką ciocię posiada – będzie musiała wyciągać kolce. Może to nawet interesujące? –wychyliła się jeszcze bardziej, żeby lepiej dojrzeć to coś. 
Na skraju ścieżki, dziwne zwierzę chrupało zawzięcie kamień. Dobrze widziała. Ten sam kamyk, który wcześniej zdobił rabatę, bo inne leżały na swoich miejscach. Śmieszne było to zwierzątko, nie ma dwóch zdań – Czy to może potwór Brukołap? – pytanie skierowała do misia, odpowiedzi nie było słychać.

Mała miała jednak własny język, do porozumiewania się z zabawkami – Też tak myślisz… właśnie… ciocia mówiła, że są groźne. To jest ta tajemnica, która siedzi w zamkowych lochach – tłumaczyła – Niektóre biegają po okolicy, te mniej groźne. Tego jednak nie znam – przypatrywała się – Za ciemno. Jutro sprawdzimy. Może nawet uda się go złapać? Śmigulca da się namówić – planowała – Ciocia Gigulka, też nie odmówi. Razem z pewnością damy radę. Oczywiście, zabiorę też ciebie Klipku, musisz mi pomóc. Oby tylko ciebie nie zjadł. Nie ma obawy – stwierdziła rezolutnie – Brukołapy jadają kamienie. Jesteś bezpieczny – zacmokała, nie doczekała się żadnej reakcji ze strony stwora – Hej, ty. Pożeraczu kamieni – spojrzała na misia – No zobacz, nic – zeskoczyła z parapetu i podbiegła do niewielkiej skrzyneczki. W niej trzymała różne drobiazgi. Przerzucała chwilę – Ten będzie odpowiedni? – pokazała misiowi – Tak, za mały. Ten jest właściwy – szybko wróciła do okna. Stwór nadal stał tam, gdzie poprzednio. Teraz jednak wpatrywał się w okno okrąglaka. Mała przez chwilę wahała się. W końcu ten na ścieżce to Brukołap, a ciocia ostrzegała, że jest nawet gorszy od potwora – Jak myślisz? Rozumiem. Dobrze, że jesteś taki odważny – miś jak widać miał duże poważanie u dziewczynki i liczyła się z jego zdaniem – Co tam? – obejrzała się na pogrążony we śnie okrąglak – Wszyscy śpią. Tym lepiej, nie będą mnie stro… stro… karcić, za to, że zadaję się z… - coś zaskrzypiało. Nastawiła uszu. Odwróciła się, odpowiedziała cisza. Lampka oliwna stojąca na nocnym stoliku, dyskretnie zasyczała – Hej, ty stworku, potworku – zawołała w jego stronę i pokazała kamyk na wyciągniętej dłoni. Ku jej dużemu zdziwieniu, jego oczy w kształcie łez zalśniły, wyraźnie zainteresował się tym, co trzymała – Chodź, podejdź bliżej, to dostaniesz – zachęcała – Smaczny, będzie ci smakował – podrzucała w dłoni – Szkoda, że parapet jest tak wysoko – kręciła się zniecierpliwiona – Może wyjść na dwór? Tak, masz rację – zwróciła się do pluszowego ulubieńca – Zanim zejdziemy, to on ucieknie – stworek rozejrzał się dookoła, chwilę zastanawiał, w końcu decyzja została podjęta. Ruszył wolno w stronę okna, kiwając się śmiesznie na boki, jak to czynili jemu podobni pobratymcy. Zatrzymał się przed różanymi krzakami, wnikliwie je obwąchał, po czym wyraźnie zniesmaczony, ofukał głośno. Mała roześmiała się – Masz rację. Lepiej ich nie podgryzaj. To róże babci Amelki, jej ulubione. Oberwałaby ci za nie uszy. Chociaż uszu u ciebie nie widzę. Musisz jednak słyszeć… - poprawiła misia i wysunęła mu głowę, żeby lepiej widział – Stworku, zobacz – ponownie pokazała kamyczek. Potworek podszedł jeszcze bliżej, ukuł go różany kolec, po czym zapiszczał śmiesznie.  – Oj, ukułeś się – pożałowała – Nie martw się, mam od cioci maść na kolce. Jak tylko będziesz miał ochotę, rano cię posmaruję.  Tylko musisz tutaj przyjść. Rozumiesz?

- Kojt, kojt… - odpowiedź padła, tyle, że niezrozumiała – Kojt, kojt… - wpatrywał się w dziewczynkę.

- Jesteś chłopcem? – nie chciała, żeby tak szybko sobie poszedł – Jaką masz piękną czuprynę. Duży jesteś, większy nieco od swoich kolegów. Może ciebie w końcu oswoję. Tak bardzo chcę mieć przyjaciela potwora… smoka też. Na razie wystarczy mi stworek potworek. Wiesz, bo lalki to najnudniejsze zabawki na świecie.

- Kojt… kojt… - zamruczał, kiwając się śmiesznie na boki.

Nad nim ukazał się wielki cień, rzucony przez coś, co przeleciało ponownie nad basztą i bardzo chciało spełnić marzenie wnuczki, swojej przyjaciółki. Złoty pył pokrył czuprynę potworka, która zalśniła delikatnie w świetle Księżyca. Oczy przybrały łagodny wyraz. Potworek wiedział, że od tej chwili, ta mała dziewczynka będzie jego ulubienicą, której musi strzec. Cichy odgłos smażonych skwarek, rozproszył nocną ciszę.

- Nie bój się. To pewnie smok. One są, z pewnością. Mówię ci. Gdybym miała w zamku smoka, pokochałabym go całym sercem. Ciebie też mogę pokochać stworku potworku – zapewniła, a odgłos smażonych skwarek wydał się głośniejszy.

- Kojt.

- Dobrze, że chociaż ty zgadzasz się ze mną – tak jakoś wydawało się jej, że rozumie go doskonale, jak Klipka. Zauważyła, że nieco się niecierpliwi, więc rzuciła kamyk.

Ku zdziwieniu, złapał go zwinnie w wielkie łapy. Obejrzał, powąchał, przetarł o kosmaty brzuch. Była pewna, że w tym miejscu zmierzwiło mu się krótkie futerko. Oblizał zdobycz wielkim ozorem, za wielkim. Gdzie on go zmieścił? Po czym powoli ciamkał. Po chwili do uszu dobiegło chrupanie. Oblizał pyszczek zamaszyście, wielka łapa pogładziła pokaźny brzuszek…