Prezent urodzinowy (fragment z I części)

Olbrzym Teodor

Na to wszyscy ustawili się w rzędzie. Mama z wielkim tortem. Tata z tajemniczym ogromnym kolorowym pudłem, które nie bardzo dawało się przykryć, przesuwało się, to drżało. Obok leżały jeszcze mniejsze kolorowe pakunki z zabawkami i innymi tajemniczymi zawartościami. Pokrzywka natomiast ustawiono na pudle, tym najciekawszym i największym oczywiście.

- Och nie wiem. Nie jestem pewien – powątpiewał – Czy to aby bezpieczne? – łypnął okiem na tatusia.

- Nie martw się, mój drogi. W razie czego, złapię ciebie – zapewnił.

- Marna pociecha dla tego, który będzie poobijany po upadku – stwierdził Pokrzywek, jednak stał dzielnie, nie trząsł nawet portkami, był dosyć odważnym skrzatem.

- Rzeczywiście, może lepiej stań na torcie – mama miała coraz większe wątpliwości – Jeszcze zrobisz sobie jakąś krzywdę…

Na schodach rozległo się tupanie małych stópek, co oznaczało, że na wszelkie zmiany jest już za późno.


- Oj… ale prezentów. Dzień dobry – krzyknął radośnie Teodor, wielkie pudło
w międzyczasie, podejrzanie uspokoiło się.

- Wszystkiego najlepszego synku, żebyś był duży i zdrowy – tatuś uściskał pucułowatego Teodora.

- Niech wszystkie twoje marzenia spełnią się ukochany syneczku – mama czule przytuliła chłopca.

- Żebyś był zawsze zadowolony – dodał Pokrzywek – Teraz pomyśl marzenie i od razu zdmuchnij wszystkie świeczki – polecił.

- Jasne – Teodor nie zastanawiał się ani chwili i za jednym podmuchem, wszystkie świeczki zgasły jednocześnie, co wróżyło, że marzenie spełni się.

- Udało się. Dziękuję bardzo. Ojej, ale prezentów. Nie wiem od którego zacząć – solenizant rozglądał się po paczkach – Tą dużą zostawię… chyba na koniec, bo jest najciekawsza, a może na jutro, nie tyle czasu nie wytrzymam. Pęknę z ciekawości.

- Jak uważasz synu. To twoje prezenty. Możesz zrobić z nimi, co tylko zechcesz – tata pogłaskał go po czuprynie.

W duchu miał wątpliwości, czy aby wielka paczka tyle wytrzyma, jakoś na długo ucichła, a to nie wróżyło nic dobrego. Mama pełna obaw, przyglądała się wielkiemu prezentowi. Wszyscy czekali w napięciu, tylko Teodor tego nie zauważył. Niespiesznie zabrał się za rozpakowywanie najmniejszego podarunku.

- Ile witek i jakie cieniutkie. Takich mi zawsze brakuje – był wyraźnie zadowolony – Dziękuję Pokrzywku i do tego jeszcze kosz ulubionych malin. Jesteś prawdziwym przyjacielem skrzaciku.

- Cała przyjemność po mojej stronie – pokłonił się nisko, a jego wzrok padł na paczkę pod stopami. Teodor nawet nie podejrzewał z jaką niecierpliwością, wszyscy czekają na rozpakowanie tego prezentu.

- Oj… to z pewnością od tatusia. Nóż do przycinania wikliny i rączkę ma drewnianą, jak dobrze pasuje mi do łapki. Na piątkę. Ten stary już się stępił i zużył… jeszcze przycinak. Na medal – roześmiał się.

Po czym zapadła cisza, bowiem z ogromnej paki dobiegło… mlaskanie? Nie to niemożliwe. Teodor spojrzał na rodziców, później na Pokrzywka. Co im tak wesoło? Przecież chyba nie kupili mi prawdziwego Strachliwca? Ciamkanie nadal dochodziło, tylko bardziej zdecydowane, głośniejsze i wyraźniejsze – Co to? Co tam jest?

- Otwórz. Nie jesteś ciekawy? – zachęcił Pokrzywek – Mnie, aż skręca.

- Jestem – ale żebyście wiedzieli jak się boję – pomyślał – nie, nie będę babą. Podszedł pewnie do pudła, zestawił skrzata. Dotknął przykrywkę. Oj, oj, delikatnie uniósł i to co zobaczył… przeszło wszelkie oczekiwania. Buźka otworzyła się w zachwycie – Jejku. Jejku. To, to przecież prawdziwy…