Skrzatka Szagawarra

Wizyta Szagawarry


Dziewczyna nabrała wody ze studni. Z wiaderka przelała ją do dużego saganka. Roznieciła ogień. Zdumiała się, gdyż ogniki rozgorzały ochoczo i objęły swoimi jęzorami metalowe naczynie. Przysiadła na pieńku i dużym nożem kroiła sprawnie jarzyny. Do jej uszu doleciał odgłos łamanej gałęzi. Odwróciła się natychmiast. Serce zabiło szybko. Rozejrzała się niepewnie. Dookoła towarzyszyła jej jedynie senna kolorowa  mgła.

- W pobliżu nie ma nikogo – dodawała sobie otuchy. – Nie bój się Gigulko. Tutaj już duchy nawet nie mieszkają. Nikt mnie nie napadnie. Nikt nie okradnie, nie ma z czego. Jestem biedna jak mysz polna. Chociaż ona jest pewnie bogatsza niż ja. Ma przynajmniej zboża pod dostatkiem – westchnęła. – Na moim poletku niewiele rośnie. Właściwie dużo rośnie, tylko mizerne to wszystko.

Spojrzała na pietruszkę. Przestraszyła się. Była pewna, że przed chwilą warzywo było o wiele mniejsze.

- Z głodu w głowie mi się kręci. To chyba jest brukiew? – przyglądała się. – Pewnie, że tak. Nie ma takich wielkich pietruszek. No cóż, lepsze to niż nic.

Pokroiła dokładnie warzywa i wrzuciła do wrzącej wody. Zamieszała drewnianą łychą.

- Marna wyjdzie z tego zupa – stwierdziła. – Niewiele warzyw… Gdybym tak mogła nagotować gęstą zupę. Żeby nadszedł taki czas, gdy jarzyn będzie pod dostatkiem.

Ponownie usłyszała trzask łamanej gałązki. Mgła przerzedziła się, odsłaniając zarysy okolicznych drzew. Dziewczyna poczuła się nieswojo. Teraz była już pewna, że w pobliżu czai się jakaś istota. Serce waliło głośno. Podniosła z ziemi drąg, zacisnęła na nim łapkę. Poczuła jak nogi uginają się pod nią, myśli uciekają z głowy. Do jej uszu dobiegły czyjeś słowa. Z oddali nadchodził ktoś i przyśpiewywał.

- Tralala, lala, lala, Szagawarra tralala la. Trele morele, wyrocznia to wie…

Gigulka przyglądała się zdumiona. Niewielka postać pląsała po ścieżce, niczym baletnica. Zwiewnie unosiła się, to opadała na ziemię, żeby za chwilę zawisnąć na moment w powietrzu. Widok był osobliwy.

Na krótko odgłosy przycichły, po czym przybrały na sile i zamieniły się w ożywiony monolog.

- Żeby tak chociaż raz ktoś mnie posłuchał. Oczywiście, że nie, bo po co. Nikt mi nie chce wierzyć. Jak są jakieś swary, to pędzą do Szagawarry – rechotliwy głos przybliżał się. – Mówiłam, to nie słuchali, bo żebym nie mówiła – przystanęła. – Mówiłam? Czy nie mówiłam? Sama już nie wiem… - zastanawiała się. – Mówiłam, mówiłam – uradowała się. - Nawet jak przewidzę i im o tym powiem, to nie wiedzą o co mi chodzi. Tacy jacyś wszyscy nieroztropni.

Marudziła i gestykulowała, co wyglądało bardzo śmiesznie.

- Może nie mówić? Też źle – sama sobie odpowiedziała. – Obrażą się i koniec. Nie dogodzę nikomu, nawet gdybym rozwiała się na cztery wiatry. Przecież jak coś mówię, to wiem na pewno. Czasem nie jestem pewna, to i tak wychodzi na to, że rację miałam, dobrze za pierwszą myślą przewidziałam.

Wyrażała się osobliwie, w specyficzny sposób.

Tutaj nikt nie przychodzi – Gigulka przetarła powieki. - Jednak ona nadchodzi. Pewnie nie do mnie. Przejdzie i pójdzie sobie dalej. Ta niewielka postać, to skrzat, kobieta. Szagawarra? – opamiętała się. - Niemożliwe…

Była tak zdumiona jej widokiem, że zapomniała o strachu. Poprawiła włosy,  wygładziła sukienkę i fartuszek.  

Staruszka nadal szła lekkim, zwiewnym krokiem, była już bardzo blisko. Gigulka odskoczyła, niewiele brakowało, a nadchodząca wpadła by na nią. Dziewczyna zakaszlała więc i zawołała.

- Dzień dobry!!  

- Czego tak wrzeszczysz?! To żem starucha, nie znaczy, że jestem głucha! – darła się tak, że słyszał ją cały las. – Do czego ci ten drąg?!

Spojrzała podejrzliwie, przewidując, że to do pogonienia przybysza, czyli jej.

- To, tylko kij… - jąkała się. – Do podgarniania żaru – zmyśliła na poczekaniu.

- Akurat – zadrwiła. – Ciekawe jakiego? – rozejrzała się dookoła. – Wielkiego ogniska, to tutaj nie widzę. Do innych celów go trzymasz… - stwierdziła i zrobiła groźną minę, ale wyglądała przy tym zabawnie.

- Nie. Już go nie potrzebuję. Obawiałam się, że to ktoś zły nadchodzi…– odrzuciła drąg najdalej jak zdołała.

- Teraz lepiej. Zaraz, zaraz. Co to ja chciałam, dokąd zmierzałam? – rechotliwy głos nieco przycichł.

Zastanawiała się, wpatrując wnikliwie w dziewczynę. Jej dłoń wspierała się na powyginanym kosturze. Mierzyła wzrokiem zdziwioną Gigulę. Staruszka wyglądała osobliwie. Łagodną, poprzeplataną siecią zmarszczek twarz, zdobiły wąskie usta pomalowane na zielono. Tego samego koloru ogromne oczy, nie pasowały do drobnej twarzy. Pofałdowane, luźno ułożone usta zdradzały, że nie posiada zębów. Długie, gęste włosy, sięgające ziemi, mieniły się różnobarwnymi odcieniami. Ubrana była w szaty szarozielonego koloru. Chociaż nie były wysadzane drogimi kamieniami, skrzyły się i połyskiwały. Przewiązany w pasie parciany sznurek zdobiły dziwaczne zawieszki. Znajdował się na nim ząb dzikiego zwierza, zasuszona żaba, woreczek z tajemniczą zawartością, ogon jaszczurki, oko…

Wiatr poruszył jej włosami. Na ziemię posypał się skrzący pył. W tym miejscu trawa nabrała zielonych odcieni.

Jestem bezpieczna – oprzytomniała Gigulka. – To przecież skrzat, a one są dobre. Chociaż to czarownica – dreszcz przebiegł po plecach.

Na szczęście, przybyła odezwała się, tym samym przerywając tok rozumowania dziewczyny.

- Już sobie przypomniałam dokąd zmierzałam – uradowała się bardzo. – To chatka Gulców? – wskazała laską.

- Tak.

- To okolica zamku? – zatoczyła krąg kosturem.

- Tak, proszę pani.

- Właścicielką jego jest Marbella?

- Jak najbardziej, to zamek księżnej…

- Też mi księżna, nie jest zamężna – prychnęła pod nosem i ciamkała luźnymi ustami – Chociaż, niby tak…  

- Pani Marbella jest księżniczką – broniła jej Gigulka.

Jednak przybyła puściła tą uwagę mimo uszu.