Fragment wstępu do II części

Zbliżała się pełnia Księżyca. Mała Arabelka obserwowała zachowanie służby. Zawsze przed tą nocą w zamkowej kuchni, jak również pośród ludzi i olbrzymów zamieszkujących okolicę, wszyscy – jakby się zmówili – zapiekali w piecach… marchewki.

Dziewczynka klasnęła w dłonie i niewielki stołek pokornie przyczłapał pod okno. Zaprzyjaźniony Brukołap zmierzał w ich stronę. Gdy podszedł bliżej, zawarczał na drewniany sprzęt. Dobrze pamiętał, że gdy zaprzyjaźniał się z dziewczynką, konkurent często przydeptywał jego wielkie stopy. Wyszczerzył duże zęby, w efekcie stołek nieco się odsunął.

– Och… nie kłóćcie się. Obaj jesteście dla mnie jednakowo ważni.

Ucałowała cebulaka i poklepała drewienko. Z misiem pod pachą wgramoliła się po schodkach. Otworzyła okno. Przeciągnęła dłonią po zewnętrznym parapecie. Jej mała rączka pokryła się złotym pyłem.

– To musi być dzisiejszej nocy – wyszeptała. – Zobacz, Klipku – oparła misia o futrynę.

Miś przechylił się i przewrócił na bok.

– O tak! Omdlałeś z wrażenia i to podobnie jak ciocia Gigulka. Gdy jej powiem… albo nie – szybko zmieniła zdanie.

Po stopniach zeszła na posadzkę. Pokazała dłoń stołkowi i swojemu przyjacielowi. Tak, tak. Dosyć szybko zjednała sobie stworka-potworka, jak lubiła nazywać Brukołapa. Była tym bardziej dumna, że oduczyła go zjadania kamieni. Zrobiła to, zachęcając go do pochłaniania każdej ilości ziemniaków, pod wszelkimi postaciami. Brukołap dokładnie obwąchał małą dłoń. Zmarszczył nos, kichnął, z jego nosa posypał się skrzący pył.

– Kojt, kojt… kojt – wyartykułował.

– Masz rację, Bramborku, ja też tak myślę – rozumiała go doskonale. – Co tam, po zapoznaniu się z początkowymi dziadkowymi pamiętnikami jestem tego pewna. Tylko dziadek za wolno czyta. Muszę nauczyć się czytać i to szybko.

Podeszła do szkatułki, otworzyła, wyjęła złotą wstążkę i związała w ogon rozpuszczone włosy. Zawsze gdy planowała jakąś psotę lub knuła plan, musiała okiełznać włosy – nie mogły jej przecież rozpraszać.

– Nie ma innej rady. Musimy zbadać okolicę. Bramborek, idziesz ze mną. Drewniany stołek zostaje w komnacie i…

Zastanawiała się chwilkę, jakie przypisać mu zadanie, żeby poczuł się równie ważny jak stworek. Wiedziała, że gdy zabierze go ze sobą, będzie opóźniał całą akcję, ponieważ porusza się niezdarnie.

– Stoisz na czatach i słuchasz, o czym rozmawiają… W końcu ktoś musi zdradzić się z nocnymi planami. Miotełka, lecisz ze mną.

Niedawno dziewczynka dostała od Marbelli własną miotłę, z czego była bardzo dumna. Co prawda nie posiadała ona takich właściwości jak Wicianka, ale słuchała małej. Do tego przemieszczała się, wisząc u jej boku. To, przynajmniej tymczasowo, satysfakcjonowało dziewczynkę.

– Pobiegniemy przejściem dla służby. Nawet jeśli natkniemy się na kogoś, nie będę musiała tłumaczyć się, dokąd idziemy.

Zatrzymywała się co chwila i zaglądała przez niewielkie okienka. Dostrzegła krzątających się ludzi. Pierwsza część planu została wypełniona bez zakłóceń. Gdy wyszli przed zamek, z różnych stron do ich uszu dobiegły odgłosy rąbanych drew. Dziewczynka zobaczyła rozstawione na olbrzymiej polanie stoły i stosy drewna ułożone w różnych zakątkach.

– Sprawdzimy, może ciocia Gigulka coś wypapla.

Mała do wszystkich, których lubiła lub kochała, mówiła „ciociu”. Przecież z Gigulką nie była spokrewniona. Tak samo zwracała się do Marbelli, chociaż ta również wcale jej ciotką nie była. Dziewczynka nie potrafiła bowiem wymówić pewnego przedrostka, z czego była bardzo niezadowolona. Czarownica poradziła, żeby tymczasem zwracała się do niej „ciociu”, a za jakiś czas jej niedogodność sama przeminie. Może będzie tak, jak w przypadku Gutka, który nie mógł wymówić poprawnie słowa „Proszę”. Jak później się okazało… ale to już zupełnie inna historia.

– Puk, puk.

– Zapraszam! – z głębi chatki dobiegł ciepły głos.

– Dzień dobry.

– Och! Cóż ja mam za zacnych gości! – uradowała się. – Witajcie, kochani!

– Ciociu, ciociu! – mała rzuciła się jej w ramiona.

– Moja ukochana Arabelka! – Kobieta ucałowała piegowate policzki.

– Jesteś sama?

– Tak, wszyscy pracują. Ja też, dzisiaj w kuchni. Piekę chleby…

– Czuję. Pięknie pachnie. Pomóc ci w czymś?

– Jeżeli masz ochotę, możesz ułożyć ciasteczka na tym półmisku – wskazała.

– Z przyjemnością.

Dziewczynka dyskretnie rozglądała się po chatce. Uchylone drzwi do spiżarki ukazały drobny sekret. Olbrzymie brytfanny wypełnione marchewkami czekały na pieczenie.

– Ciociu, będę dzisiaj spała u ciebie.

– Arabelko, przecież mówiłam ci, że dzisiaj wieczorem idę na tańce. Nie będzie mnie w chatce.

– Po co idziesz?

– Po to, żeby pląsać.

– Z twoim ukochanym?

– Oczywiście, księżniczko – rozmarzyła się.

– Nie mów do mnie „księżniczko”, nie lubię tego. Wolę, żebyś nazywała mnie małą czarownicą.

– A cóż to za nowy pomysł?

...