OPOWIEŚCI POKRZYWKA


Skrzat Pokrzywek

"Zniknięcie"

...

– Tatuś też przepadł – zauważył skrzacik. – Do tego z tortem. Może go już nigdy nie zobaczymy… tak, tak – łypnął okiem.

– Kogo? Tatusia? Nie martw się, przed gotową jajecznicą z pewnością się znajdzie – uspokoiła mama, krojąc chrupiący chleb.

– Nie chodziło mi o tatusia, tylko o tort – zaskrzeczał tajemniczo skrzat. – Tatuś sam się zgubił, to i sam pojawi się w odpowiednim miejscu, ale z tortem to nigdy nic nie wiadomo. Może przepaść bez wieści i dopiero będzie katastrofa. Co to za urodziny bez tortu? Nieważne… – wzruszył ramionami i westchnął głośno.

– O ile wiem, to torty nie znikają tak po prostu – powiedziała mama i zastanowiła się przez chwilę. – Chociaż… kto wie? Kto to wie…

– Sama widzisz, mamusiu – przerwał jej Pokrzywek. – Ja kiedyś byłem na takich urodzinach, na których wydarzyło się pewne, delikatnie mówiąc, niepowodzenie, ulotnił się sam solenizant – znowu łypnął okiem ciekawy, czy mamę to zainteresuje.

– Co ty mówisz, kochanie! To chyba wydarzyło się coś niesamowitego? I co, znalazł się? – mama, aż odłożyła nóż do chleba. 

  – Cóż… – skrzacik uszczęśliwiony, że w końcu ktoś się nim zainteresował, zaczął swoje opowiadanie: – Naprawdę tak było. Gdybym nie był tam obecny, sam bym miał problem, by uwierzyć. Działo się tam, oj działo. Obchodzono akurat urodziny. Zostałem oczywiście zaproszony. Co prawda nie jako gość honorowy, ale jednak… zresztą mniejsza z tym – machnął łapką. – Wszystko było jak należy. Kwiaty, krawaty, gratulacje, zadowoleni goście. Bawiliśmy się cudnie. Różne gry i zabawy urozmaicały uroczystość. Po zmierzchu tańczyliśmy przy blasku robaczków świętojańskich. Popijaliśmy nektar kwiatowy – rozmarzył się. – Miody, które serwowano, też były słodkie i wyjątkowo pyszne. Solenizant, rozpromieniony, snuł malownicze opowieści ze swoich dalekich podróży i przekazywał wiadomości od znajomych skrzatów.

Pokrzywek westchnął i spojrzał prosto w oczy mamy, mówiąc:

– Taka sielanka panowała aż do serwowania tortu – zamilkł na dłuższą chwilę.

– Tak, i co? Co było dalej? – ponaglała zaciekawiona mama.

– Ach, lepiej nie mówić – pokręcił głową.

– Skoro się zaczęło, to trzeba skończyć. Nie można tak… nie dopowiedzieć – mama była bardzo ciekawa. – To nieładnie.

– Racja. W końcu nadszedł długo oczekiwany czas podania tortu, jak już mówiłem. Sami uprzedzaliśmy solenizanta, żeby pomyślał jakieś rozsądne życzenie, zanim zdmuchnie świeczki. Skrzaty mają czasem niesamowite pomysły, z czego w efekcie czasami nic dobrego nie wynika. Przestrzegaliśmy go wcześniej, żeby nie wymyślił jakiegoś za bardzo durnowatego życzenia, bo już nie raz zdarzały się tragiczne. Oj tragiczne… – budował napięcie Pokrzywek. – O tak… Świeczki zostały odpalone. Zapadła pełna wyczekiwania cisza. Jubilat zastanawiał się nad życzeniem dosyć długo, jak na mój skrzaci gust. Zdecydowanie za długo. Zdmuchnął w końcu płomienie, wszystkie za jednym podmuchem, i… tyle go widzieli. Rozpłynął się w powietrzu zupełnie. Zapadł się w nicość wieczoru. Jego niesamowite życzenie spełniło się i to bardzo szybko. Za szybko. Zniknął zupełnie niespodziewanie dla wszystkich gości.

– Och, ale jak? Tak całkowicie? – mamie nie mieściło się to w głowie. – Nie można zniknąć tak po prostu. Chyba… – sama zwątpiła w to po tym, co usłyszała.

– Też tak myślałem, dopóki nie zobaczyłem tego na własne oczy – skrzacik aż podskoczył na pudełku z przyprawą.

– Niesamowite. Co było dalej? Nie pojawił się… gdziekolwiek? – mama nie dawała za wygraną. – Coś musiało się z nim stać… mniej lub bardziej sensownego.

– Trochę to dziwne. Fakt. Jednak jak do tej pory nie słyszałem, żeby pojawił się gdziekolwiek indziej w swoim żywocie.

– Ach tak. To ci dopiero pech. Niesamowite. Jak to trzeba zastanowić się nad życzeniem urodzinowym, zanim się je wypowie. – Mama postawiła świeże masło na stole. – Żeby tak zniknąć… bez śladu. Szukaliście go chociaż? – spytała ostrożnie, bo wiedziała, że skrzacie obyczaje są nieraz trochę nieolbrzymie.

– Szukaliśmy. Nie znaleźliśmy po nim nic więcej prócz czapki. Przeszukaliśmy całą okolicę. Zatrudniliśmy nawet znajomego jeża z bardzo dobrym węchem… fakt trochę roztrzepanego, jednak tropiciel z niego doskonały. Ślad urwał się w miejscu, gdzie zdmuchiwał świeczki z tortu.

– To klops – mama była pełna zdziwienia. – Nigdy nie byłam na takim dziwnym przyjęciu. Jak myślisz, Pokrzywku, co mogło się z nim stać?

– Z pewnością miał takie właśnie życzenie. Może po prostu chciał zniknąć.

– Masz rację, i pojawił się tam, gdzie tego bardzo pragnął. Co było dalej?

– Chyba już nic takiego ciekawego. Skoro już go nie znaleźliśmy, podzieliliśmy tort. Szkoda było, żeby się zmarnował. Tylko później, po tym całym niefortunnym zamieszaniu, jakoś wszystkim skrzatom odechciało się wyprawiać urodziny. Tak na wszelki wypadek, bo gdybyśmy mieli poznikać wszyscy… Nie byłoby to zbyt rozsądne – zadumał się. – Co o tym myślisz, mamusiu?

– Jak już mówiłam, myślę, że po prostu wasz przyjaciel chciał pojawić się w sobie tylko znanym miejscu. Z pewnością właśnie tam jest, szczęśliwy. Mógł was jednak ostrzec wcześniej, że ma taki zamiar. Nie martwiliby się o niego przyjaciele.

– Tylko że wtedy nie spełniłoby się jego marzenie. Nie można zdradzać swoich życzeń, bo wtedy z pewnością się nie wypełnią – przypomniał Pokrzywek.

– Racja – mama pokręciła głową. – Niesamowite. Po prostu niesamowite.

– Podobało ci się moje opowiadanie?

– Tak, kochanie. Miałeś jeszcze jakieś ciekawe przeżycia?

– Coś się znajdzie. Może jak będziemy siedzieli przy torcie, to opowiem wszystkim.


"Sztuczna szczęka"

...

– Pokrzywku, może masz jeszcze jakieś opowiadanie… – zaszczękał i zadzwonił zębami, aż Rufi podniósł łepetynę – …na temat szczękających zębów? – dokończył.

– Jakże by inaczej – odparł uradowany skrzat, że już na coś się przydał. – Dawno temu moja prababcia przeziębiła się, a w wieku była już podeszłym. Szła akurat do doktora przez wysoką łąkę i za którymś razem tak szczęknęła zębami, a później kichnęła, że w następstwie tego zgubiła sztuczną szczękę.

– I co? całkiem?

– Tak, właśnie całkiem. Szukaliśmy jej później. Zwołano nawet z tego powodu całą rodzinę na naradę w pokrzywach. Wówczas byłem mały i mieszkaliśmy jeszcze blisko siebie. Rozpoczęliśmy wielkie poszukiwania. Wszyscy jej szukali, miała być nawet nagroda dla szczęśliwego znalazcy, jednak na nic się to zdało.

– I?

– I sztuczna szczęka nie znalazła się pomimo szczerych chęci… no może nie ze strony wszystkich, ale jednak większość miała je z pewnością.

Błysk w oku skrzata zdradzał niesforność.

– I?

– I od tej pory prababcia została bezzębną staruszką.

...


"Nieczytek"

...

– Musisz przyzwyczaić się do noszenia książek – wtrącił Pokrzywek – bo to wielce odpowiedzialny obowiązek.

– Niby jaki? – podłapał Teodor.

– Ano taki, żeby ich nie pogubić po drodze.

– Jakim cudem można zgubić książki? Ty jak coś wymyślisz…

– Na przykład jak będziesz źle albo krzywo szedł, to zawartość plecaka wyleci i klapa – wytłumaczył skrzacik.

– Jaka klapa?

– Znaczy, że nie będziesz miał się z czego uczyć – odparł całkiem poważnie Pokrzywek.

– Nie słyszałem jeszcze, żeby ktoś pogubił podręczniki.

– Ty jak na olbrzyma to w ogóle mało jeszcze słyszałeś – roześmiał się skrzat.

<

– Niby kto zgubił książki? Znasz kogoś takiego? – spytał z niedowierzaniem chłopiec.

– Nie niby, tylko zgubił. I tak, znam osobiście.

Uradowany malec zaczął opowiadać dziwną historię:

– To mój skrzaci kolega, prawie ze szkolnej ławki. Właśnie gdy zmierzał w stronę szkoły, niefortunnie zrobiła mu się dziura w plecaku, której nie zauważył, i pogubił książki. Gdy dotarł do klasy, nie pozostała ani jedna. Przepadły również wszystkie wcześniejsze notatki, wzory i obliczenia. Później nie miał się z czego uczyć.

– Znalazł je?

– Nie.

– To dopiero pech. To pewnie pożyczaliście mu swoje? – podchwycił Teodor.

– Nie. Nazwaliśmy go Nieczytek, chociaż już wcześniej miał podobne imię…

– Nieczytek? – przerwał chłopiec.

– Tak. Z braku książek nigdy nie nauczył się dobrze czytać ani rachować.

– To nie mogliście pożyczyć mu jakiejś swojej, chociaż na chwilę? – Teodor był nieco oburzony tym zachowaniem.

– Książek się nie pożycza – uciął skrzacik.

– Niby dlaczego? Pewnie dlatego, że niektórzy później ich nie oddają… – domyślił się.

– Z tym czasami też bywają problemy, ale prawdziwy powód jest taki, że litery się wyczytują.

– Co ty opowiadasz? Tyle książek przeczytałem i jakoś w żadnej nie wyczytały się litery. Wszystkie są na swoim miejscu – zapewnił chłopiec.

– Możliwe, jednak w skrzacich książkach się wyczytują. Litery i cyfry stają się coraz bledsze i w końcu ich nie widać… oczywiście tylko wtedy, gdy czyta je ktoś inny niż właściciel, a poza tym – dodał jeszcze – trzeba się prosić, żeby w ogóle odzyskać je z powrotem. Nikt nie chce się przyznać, że pożyczył, chociaż doskonale pamiętam, komu dawałem. Czasem nawet zapisywałem dla pewności, a i tak potrafili łgać prosto w oczy. To po co robić sobie problem, skoro można go nie mieć? – wzruszył ramionami beztrosko.

– Sam nie wiem – odparł niepewnie mały olbrzym.

– Wiem, że nie wiesz – spojrzał zawadiacko.

– Ty nie bądź taki mądrala – naburmuszył się Teodor.

– Może trochę i jestem… a ty nie bądź taki skromny. W końcu trzeba mieć trochę oleju w głowie – puknął się w czoło – to zawsze się przydaje.

– Pewnie tak. Ale z tymi wyczytanymi literami, to mnie nabrałeś?

– Skąd. W życiu – zachichotał pod nosem skrzat.

– Mamo, Pokrzywek znowu mnie nabiera i śmieje się ze mnie – rozżalił się Teoś.

– To przecież nie musisz wierzyć, we wszystko, co mówi – tym razem mama trzymała stronę skrzata.